środa, 30 lipca 2014

Wakacyjny minimalizm w pielęgnacji moich włosów


Tegoroczne wakacje kazały mi nieco inaczej spojrzeć na kwestię włosomaniactwa. Nie ze względu na liczne wyjazdy, a wręcz przeciwnie - przez pracę na pełen etat. Czasami zwyczajnie brakuje mi czasu na wymyślne zabiegi, a jeśli go mam, to wolę korzystać z letniej pogody i śladowych ilości beztroski :D Myślę, że kiedy wrócę na studia magisterskie, to znowu będę się częściej babrać z maskami i olejami ;) Póki co, moja pielęgnacja jest naprawdę minimalistyczna, ale skuteczna. Kontroluję stan włosów i widzę, że mniejsza częstotliwość zabiegów nie wpływa źle na ich kondycję. Pewnie dlatego, że mimo wszystko trzymam się pewnych zasad :) Jakich? O tym właśnie jest dzisiejszy post :)




Włosy myję co drugi dzień. Ostatnio używam na zmianę trzech szamponów - Eva Natura z lawendą do oczyszczania przed olejowaniem, Planeta Organica Afryka z arganem na co dzień i do zmywania olejów oraz Timotei Głęboki Brąz w weekendy, kiedy moje włosy są zwykle bardziej poplątane ;) W kwestii odżywiania po myciu odwróciłam proporcje - zazwyczaj sięgam po maski (nakładam je dosłownie na chwilkę, bez czepka), a rzadziej po odżywki. Nie stronię od silikonów. Żółty psikacz Gliss Kur ułatwia mi rozczesywanie kołtunów i chroni fryzurę przed wpływem promieniowania słonecznego. Niezmiennie, zabezpieczam końcówki serum po każdym myciu.

Miałam krótką przerwę od olejowania. Teraz jednak do niego wróciłam i staram się nałożyć olej raz w tygodniu, na 1-2 godziny. Przed zabiegiem dokładnie oczyszczam włosy i skórę głowy, aby nie dopuścić do nadmiernego wypadania przez niedopatrzenie. Więcej na ten temat można poczytać w poście: Bezpieczne olejowanie skóry głowy.

Nie stosuję żadnych wcierek i nie mierzę przyrostu. Regularnie oglądam końcówki włosów, żeby nie przegapić momentu, w którym należałoby je podciąć. Staram się nie spać z mokrymi włosami, ale niestety, różnie mi to wychodzi. Na razie nie zauważyłam, żeby ich stan się pogorszył i mam nadzieję, że tak pozostanie :)


Jak wygląda Wasza wakacyjna pielęgnacja włosów? ;)

Pozdrawiam


czwartek, 24 lipca 2014

Nowość Tygodnia #3 | Masło orzechowe


Gdzie ja się uchowałam, nie próbując masła orzechowego przez tyle lat? ;) Dzisiejsza Nowość Tygodnia na pewno w jakiejś formie jest Wam znana. Poszukując pierwszego w moim życiu słoiczka masła orzechowego, uparłam się, że nie może mieć ono żadnych dodatków - cukier, sól czy utwardzany olej palmowy nie wchodziły w grę! Okazuje się, że dla chcącego nic trudnego :) Masło marki Terrasana kupiłam za 16,90 zł w sklepie ze zdrową żywnością. I już na wstępie muszę przyznać, że był to bardzo, ale to bardzo udany zakup! :D




Właściwości
Masło orzechowe zawiera sporo białka i jest tłuste. Nie trzeba się jednak tego tłuszczu obawiać - wręcz przeciwnie! Niezdrowe kwasy tłuszczowe nasycone są w mniejszości, za to znaczny udział mają kwasy jedno- i wielonienasycone, działające pozytywnie m.in. na układ sercowo-naczyniowy. Istotna zawartość błonnika korzystnie wpływa na pracę jelit. Orzeszki ziemne są bogate w potas, magnez, cynk, żelazo, witaminę E, B1, B2, B3, B6 i foliany. Często podkreśla się wysoką kaloryczność masła orzechowego. Faktycznie, lepiej nie zjadać pół słoika naraz, jednak produkt stosowany w rozsądnych ilościach jako dodatek do pieczywa lub innych dań nie spowoduje, że nagle przytyjemy. Warto wiedzieć, że tradycyjne masło ekstra z mleka krowiego ma o 30% więcej kalorii niż masło orzechowe, a jest u nas powszechnie stosowane ;)




Wartość odżywcza




Smak
Cudowny *.* Zakochałam się. Smak jest mocno orzeszkowy, słodkawo-słonawy, wręcz idealny. Wiem, że nie każdemu będzie on odpowiadał, jednak dla mnie jest wspaniały i nieco uzależniający :p


Jak stosowałam masło orzechowe? Moje wrażenia
W ciągu kilku dni, podczas których rozkoszowałam się masłem orzechowym, miałam okazję zjeść je w następujących połączeniach:
  • na kanapkach z dżemem truskawkowym;
  • na kanapkach z plasterkami banana (podgrzanych w mikrofali lub nie);
  • jako dodatek do lodów.
Wrażenia? Przede wszystkim świetny smak, ale nad nim rozpływałam się już wyżej. Na uwagę zasługuje zdolność masła do porządnego zaspokojenia głodu na dłuższy czas! Kanapki z dżemem nigdy wcześniej nie były tak sycące ;)


Werdykt
Miłość, miłość i jeszcze raz miłość. Masło orzechowe to jak na razie moje najlepsze odkrycie :) Będę do niego wracać, ale raz na jakiś czas, żeby nie przesadzać z ilością...



Jestem ciekawa, czy masło orzechowe Was również tak zachwyciło? ;) Jakie inne, nietypowe zastosowania tego produktu możecie mi zaproponować?

Pozdrawiam


czwartek, 17 lipca 2014

Nowość Tygodnia #2 | Popping z amarantusa


Amarantus, choć przypomina zboża, należy do innej niż one grupy botanicznej. Jest znany i uprawiany od wieków, jednak dopiero od niedawna przechodzi prawdziwy renesans. Zyskał uznanie jako produkt naturalnie bezglutenowy i bogaty w substancje odżywcze. Na początek zdecydowałam się na włączenie do swojej diety amarantusa w postaci poppingu - nasion ekspandowanych, gotowych do bezpośredniego spożycia, jako dodatek do różnych potraw. Kupiłam go za ok. 9 zł w Rossmanie. Kilka dni późnej widziałam, że (o dziwo!) w Almie jest tańszy i kosztuje ok. 6-7 zł ;)




Właściwości
Ziarno amarantusa cechuje się szeregiem zalet:
  • zawiera bardzo dobrze przyswajalne białko, ma wszystkie niezbędne aminokwasy;
  • przeważają w nim tłuszcze jedno- i wielonienasycone;
  • jest bogate w błonnik, antyoksydanty i minerały, takie jak żelazo, potas, magnez, wapń i fosfor;
  • jest naturalnie bezglutenowe.
Ze względu na powyższe cechy, amarantusem szczególnie powinni zainteresować się chorzy na celiakię, anemię, układ kostny, układ sercowy, a także kobiety ciężarne, sportowcy i osoby starsze.




Wartość odżywcza




Smak
Popping z amarantusa smakuje delikatnie, choć specyficznie. Ma posmak typowy dla produktów prażonych, takich jak popcorn czy "dmuchany" ryż.


Jak stosowałam popping z amarantusa? Moje wrażenia
W ciągu kilku dni z amarantusem, zdążyłam zastosować go jako dodatek do owsianki na mleku ryżowym i budyniu czekoladowego ;) Nie zmienia smaku potraw, jest praktycznie niewyczuwalny, a znacznie podnosi wartość odżywczą. Czuję, że się zaprzyjaźnimy! :D


Werdykt
Ponieważ traktuję popping z amarantusa jedynie jako dodatek do potraw, podejrzewam, że moje opakowanie na trochę mi wystarczy :) Na chwilę obecną jestem na wielkie TAK i chciałabym, żeby opisywane dziś ziarno na stałe zagościło w mojej diecie.



Wszystkim tym, którzy jeszcze nie próbowali amarantusa, serdecznie go polecam :)

Pozdrawiam



piątek, 11 lipca 2014

Jak pokochałam loki - J.


W dzisiejszym poście z serii "Jak pokochałam loki" poznacie piękne, długie, kręcone włosy Julii :) Tym razem pominę długie wstępy i od razu zaproszę Was do czytania. Miłej lektury! :)


"Jestem Julia, od początku 2014 roku prowadzę blog pookrecone.blogspot.com który zmotywował mnie do dbania o włosy i wkręcił w prawdziwy świat włosomaniaczek. Długo zwlekałam z przesłaniem mojej historii, ponieważ nawet w czasie świadomego włosomaniactwa nie byłam do końca przekonana, czy loki to jest "to". Ale od początku ;)
   
Jako dziecko miałam loczki:
   


   
Rosły sobie mniej więcej do ramion, gdy moje siostry pojechały na tradycyjne pokomunijne ścinanie włosów ja zostałam wzięta w bonusie. Spiralki już nie wróciły, włosy jedynie się wywijały, a moja mama czesała je w palemkę na czubku głowy bo zwykłego kucyka nie dało się chwycić. Zaczął się etap zapuszczania do komunii, a im były dłuższe tym bardziej proste. Oprócz tego grube i gęste.
   



   
To były najdłuższe włosy jakie kiedykolwiek miałam w życiu i baardzo chcę wrócić do takiej długości! Każdy się nimi zachwycał, a mi jako dziecku były obojętne. Najczęściej były spinane w warkocza od czego robiły się fale.
   



   
Na komunię wyglądały tak :)
   


       
Jak to po komunii bywa poszły pod nożyczki. Gdybym mogła wrócić do tamtych czasów nigdy bym ich nie ścinała... :p Babcia zostawiła sobie mojego odciętego warkocza;) cóż, taka zmiana to była dla mnie ulga! Przed wakacjami tylko do długości na pierwszym zdjęciu, ale w 3 klasie zaczął się basen i to była katastrofa wepchnąć nawet tylko tyle włosów pod czepek (gęstość i... duża głowa ;)). Tata wziął mnie do fryzjera z prośbą "bardzo krótko ale nie na chłopaka". Jak myślicie jak wyglądałam po wizycie? :D Były króciutkie! Non stop byłam mylona z płcią przeciwną, czemu w sumie się nie dziwię. Nie mam zdjęcia z tamtego okresu, to drugie to już odrastające włosy więc i tak nie jest źle.
   



   
Koniec 3 klasy, koniec jeżdżenia na basen, nie trzeba było ścinać. Nie zwracałam na włosy  uwagi więc rosły sobie spokojnie. Wizyty u fryzjera wtedy, gdy po prostu miałam ochotę na zmianę i cieniowanie, nie wiem dlaczego ale zawsze mi się podobały takie włosy więc cieniowałam.

Jakoś w 5 klasie mama ścięła mi grzywkę. Nigdy więcej! Ile zajmuje schodzenie z takiej grzywki... w wakacje ratowałam się opaskami, a potem zarzucałam ją na bok. Włosy naturalne, jak widać wciąż proste, jedynie wywijały się na końcach. Mycie to jakiś drogeryjny szampon i odżywka, pamiętam że lubiłam wtedy pantene pro-v bo idealnie radziła sobie z elektryzowaniem włosów dokuczliwym zwłaszcza w zimie.
 


   
A potem się zaczęło... PROSTOWNICA. Nie ja ją sobie zażyczyłam, nie ja dostałam, ale moja siostra. Początkowo pożyczałam tylko okazyjnie, bo niby miałam proste włosy ale się wywijały, a bardzo podobał mi się efekt włosów prostych jak drut. Z czasem z okazyjnego prostowania zrobiło się prostowanie codzienne, aż w końcu zniszczone, suche włosy bez prostownicy zaczęły się puszyć, nawet rozczesane tylko na mokro tworzyły okropną szopę. Nic dziwnego, były bardzo zniszczone i wtedy do ujarzmienia siana była niezbędna.
 

   
   
Moje włosy z natury są dość grube i mocne, dlatego dla niektórych dziewczyn może to nie być wielkie zniszczenie, ale uwierzcie - po prostowaniu zostało z nich suche siano. Ratowało je w miarę regularne podcinanie. Robiłam to w dalszym ciągu wtedy, gdy miałam ochotę. Nigdy nie tknęłam farby, ponieważ mama surowo mi zabraniała. Twierdziła, że mam ładny naturalny kolor i po co mam go ruszać, poza tym nie widzi sensu (i ja też) farbowania w tak młodym wieku. Na zdjęciu mam 12 lat.
 


   
Tutaj jeszcze jakoś wyglądają, bo są podcięte. Po jakimś czasie końcówki były w tragicznym stanie, trudno było znaleźć tą zdrową. Rozdwojone, rozczworzone i więcej... Dodatkowo gdy mi się nudziło na lekcjach to po prostu brałam dwie części włosa i  je rozrywałam, dzięki czemu zniszczenia pięły się w górę. Mądrze, mądrze...

Łącznie włosy prostowałam codziennie! jakieś 3 lata? Oczywiście bez zabezpieczeń. Mycie to szampon i odżywka, zależy co stało w łazience. Zdjęcie obrazujące ich stan... od wilgoci na polu spuszone i powywijane.
   

   
   
Suuuuche sianooo..... W wakacje po 6 klasie ścięłam włosy mniej więcej do połowy szyi, ponieważ tak mi było wygodniej w upalne lato. Oczywiście dalej prostowałam.

Pierwszym impulsem do zerwania z prostownicą byli moi koledzy, którzy na zielonej szkole w I gimnazjum wrzucili mnie do morza. Od wody i braku rozczesania zrobiły mi się piękne loczki, które zachwyciły dosłownie wszystkich, bo wszyscy myśleli, że proste włosy mam naturalnie (bu-ha-ha) :D całkowite odstawienie prostownicy nie było takie łatwe, cały czas używałam jej do grzywki, a czasami do całych włosów. W dalszym ciągu robił mi się OGROMNY puch na głowie, popalone włosy nie były już idealnie proste ale też nie kręcone. Zaczęłam je więc sama kręcić, oczywiście z ogromną ilością pianki która wtedy była moją nieodłączną przyjaciółką. Dzieliłam włosy na dwie części i każdą z nich jeszcze raz na dwa. Zawijałam wokół własnej osi i potem dwa ruloniki spinałam wokół siebie. Tak szłam spać, rano wystarczyło tylko rozplątać włosy. Tak wyglądały:
   



   
Po odstawieniu prostownicy odrobinę odżyły. Używałam standardowo silikonowych szamponów i odżywek. Prostowałam tylko grzywkę, która na bok dłuższa lub krótsza zawsze mi towarzyszyła. Mam ją do dzisiaj tylko oczywiście dłuższą, przedziałek robię na środku :)

Czasem jeszcze zdarzyło mi się polecieć po całych włosach i wtedy prezentowały się tak (krótsze bo wcześniej zrobione niż poprzednie):
   


   
Oczywiście wycieniowane. Zwykle jednak zawijałam, nie wiem przez jaki okres czasu ale dość długo (na pewno ponad kilka miesięcy, po każdym myciu, czyli co 3 dni). Aż pewnego dnia coś mnie tknęło i po rozczesaniu na mokro jedynie wgniotłam piankę... Jakiego doznałam szoku gdy już nie było puchu a loki! Od tamtego momentu tak właśnie stylizowałam włosy. Kręciły się raz mniej, raz bardziej, jednak były do okiełznania i to był duży plus. Wciąż rosły, ja nic większego z nimi nie robiłam, jedynie bardziej zwracałam uwagę na szampony i odżywki jakie kupowałam, ale to i tak były te szeroko reklamowane :)

Na początku 2013 roku prezentowały się tak:
   


   
Mycie dalej szampon&odżywka no i oczywiście alkoholowy biosilk a jak! Coraz bardziej wkręcałam się w ich pielęgnację, jednak to wciąż ograniczało się do testowania sklepowych produktów, a tak naprawdę tylko odżywek bo byłam wtedy zdania że "szampon ma tylko myć". Zainspirowana siostrą od czasu do czasu robiłam sobie maseczki, które polegały na zmieszaniu wszystkiego co miałam w kuchni (żółtko, oliwa z oliwek, siemię lniane, miód, rumianek, jakieś witaminy z tabletek i wiele wiele więcej... prawdziwe bomby). Nakładałam na włosy, owijałam folią, ręcznikiem i cierpliwie trzymałam godzinę. Włosy zawsze podobały mi się po takich zabiegach, dlatego dużo czytałam o ich pielęgnacji. Wciąż byłam jednak za leniwa na coś więcej ;)

Kiedyś uparłam się na zapuszczanie, wyczytałam że czarna rzepa jest dobra, więc udałam się do Rossmanna, kupiłam szampon z ową rzepą (Eva Natura oczyszczający hahaha) a do tego odżywka pokrzywowa z Green Pharmacy, w końcu natura to moc! Myłam takim zestawem co 3 dni, jak myślicie jak zareagowały moje włosy na szampon zdzierak i ziołową odżywkę? No nie najlepiej :D byłam bardzo zawiedziona, wykończyłam, odstawiłam w kąt i wróciłam do silikonowych bomb. Generalnie myślałam że moje włosy prezentują się całkiem nieźle, dopóki nie zobaczyłam tego:
   


   
Spójrzcie na końcówki... To zapewne sprawa Biosilku i tego, że włosy wciąż pamiętały prostowanie, przez co miały duże predyspozycje do rozdwajania, łamania i białych kropek. Miałam problem z tym, że były suche.

W wakacje zrobiłam sobie szamponetkę "ciemna wiśnia". Moja mama nawet wiedząc, że to się zmyje nie do końca mi pozwalała, ale w końcu się uparłam, poszłam do łazienki i zrobiłam. Włosy w dalszym ciągu były suche, ale miały ładny skręt.
   


   
W sierpniu chwyciłam za nożyczki i podcięłam końcówki. Wydawało mi się, że nie tnę ich dużo... Gdy umyłam i wystylizowałam ZAŁAMAŁAM SIĘ! Były tylko trochę za ramiona! Krótkie włosy kompletnie mi nie pasują, dlatego ciągle spinałam je w kucyk (mimo, że nienawidziłam spiętych włosów). Miałam duże opory przed wyjściem z rozpuszczonymi włosami, wciąż wydawały mi się takie króciutkie i po prostu brzydkie. Teraz sądzę, że dobrze się stało - pozbyłam się wielu zniszczeń. Większość dziewczyn narzeka na fryzjerów, którzy za dużo ścinają, a tym razem zraziłam się do nożyczek w moich własnych rękach ;)
   
Po wakacjach zaczęłam więcej czytać na temat pielęgnacji włosów głównie na blogu Anwen, ale także oglądałam mnóstwo filmów na yt, kupowałam różne odżywki zwłaszcza Isanę Locken Spulung, Gliss Kur itp. Z szamponami było tak, że od czasu do czasu przewijała się w moich rękach Alterra, ale generalnie dalej byłam zdania "szampon byle jaki, ma tylko myć". Szarpałam je plastikową szczotką przed każdym myciem, żeby rozczesać. Bardzo nieregularnie, ale zaczęłam olejować olejem lnianym i oliwą z oliwek. Dalej jednak niektóre pomysły włosomaniaczek wydawały mi się po prostu głupie, więc robiłam tyle, na ile miałam ochotę. Wtedy wydawało mi się to bardzo dużo (hahaha!) dlatego pomyślałam o blogu. I to był przełomowy moment! Stałam się włosomaniaczką z krwi i kości :) Poznałam wiele fantastycznych blogów, z których wiedzę chłonęłam jak gąbka i przekładałam na... głowę ;) Pierwsze zdjęcie jest słabej jakości, dlatego pokażę Wam jak wyglądały moje włosy po miesiącu dbania o nie:
 


   
Startowałam z suchymi, bardzo skłonnymi do puszenia włosami. Olejowałam, ale nieregularnie. Miałam mały kryzys w marcu, gdy po podcięciu włosy nie mogły złapać skrętu, miałam przerwę w olejowaniu, ale za to przesadziłam z maseczkami, przez co włosy się strąkowały, dużo szybciej przetłuszczały, puszyły i ogólnie były "be". Wtedy zauważyłam, że we wczesnym stadium pielęgnacji brak olei zdecydowanie im nie służy i w kwietniu olejowałam przed każdym myciem. W miesiąc zrobiłam milowy krok.
   


   
Od tamtego czasu staram się nie opuszczać olei na dłużej niż 3 mycia. Od początku stycznia, czyli w dokładnie pół roku moje włosy mimo wielu eksperymentów, szukania właściwej drogi stały się wyraźniej grubsze, nawilżone, wygładzone i lśniące. Kiedyś wystarczyło przejść się ulicą obok aut (+krakowski smog) by bardzo brzydko pachniały. Bardzo mi to przeszkadzało, bo kto lubi, bądźmy szczerzy, po prostu śmierdzieć? Nie wiem co miało na to wpływ, ale teraz są uodpornione na wszelkie przykre zapachy :)

Myje je metodą OMO co 2 dni (mim, że mogę nawet co 4, ale wtedy skręt jest bardzo rozluzowany i niezbyt fajnie się prezentuje). Stawiam na intensywne nawilżanie, chociaż włosy nie potrzebują go tak dużo jak na początku. Nie przepadają za częstymi zabiegami proteinowymi, więc daję szansę im się wykazać tylko raz w tygodniu, czasem dwa. Myję szamponami bez SLS, oczyszczam raz na 1/2 tygodnie. Nie sprawdziło się u mnie mycie odżywką. Nie sprawdzają się również lekkie kosmetyki typu Bania Agafii, ponieważ żeby jakiekolwiek loki powstały moje włosy muszą mieć bardzo mocne dociążenie, nie unikam silikonów. Zabezpieczam końce codziennie, ponieważ wciąż tego potrzebują. Spinam na noc. Odsączam wodę w ręcznik/bawełnianą koszulkę, ale dosłownie na chwilkę. Stylizuję (ugniatam w dłoniach) żelem mrożącym z Joanny gdy są bardzo mokre, wręcz kapie z nich woda. Dzięki temu ładnie łapią skręt. Stosuję różne przyspieszacze, marzę o włosach min. do talii :) Chcę również zejść z cieniowania. Dwa razy używałam henny Khadi.

Jak na loki mają dość niską porowatość, sądzę że jest to średnia w kierunku niskiej. Może to dlatego, że kiedyś były niskoporowate i proste? Nie umiem dokładnie określić, ponieważ zachowują się bardzo różnie. Jednym z większych osiągnięć to to, że mogę rozczesać je na sucho BEZ PUCHU! :))

Najnowsze zdjęcie jest z czerwcowej aktualizacji. Włosy prezentują się tak:
 


   
Jak widzicie w pół roku skręt stał się znacznie luźniejszy. Przez te miesiące w ogóle nie byłam do niego przekonana. Marzyłam  o gładkiej, lejącej tafli włosów bez żadnych problemów z puszeniem czy wyglądem a'la król lew. Jednak dzięki właściwej pielęgnacji każdego dnia zauważam w lustrze, że kręcone włosy po prostu mi pasują, są moją zaletą a nie ciężarem i dzisiaj mogę powiedzieć zdecydowanym głosem, że TAK, POKOCHAŁAM MOJE LOKI :) i ten niezwykle ważny krok w mojej karierze włosomaniaczki powoduje, że z czystym sercem mogę przesłać tę historię ;) i jednocześnie apeluję do dziewczyn, które mają włosy "ni to proste, ni to fale" -  uczcie je skrętu! Mimo, że bywa to trudne, długie i męczące opłaca się :) Czasem włosom po prostu trzeba trochę pomóc ;)

Czasami zastanawiam się, jakby wyglądały moje włosy gdybym nigdy nie sięgnęła po prostownicę, jednak wiem, że dzięki niej zyskałam kręcone włosy które uwielbiam :)
 
Pozdrawiam i mam nadzieję, że nie zanudziłam!



Jestem pod wrażeniem włosów Julii, a Wy? Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się osiągnąć podobną długość :)

Pozdrawiam


wtorek, 8 lipca 2014

Nowość Tygodnia #1 | Mleko ryżowe o smaku waniliowym


Rozszerzanie swojej diety rozpoczęłam od wprowadzenia do menu napoju ryżowego o smaku waniliowym, zwanego potocznie "mlekiem" ryżowym. Zdecydowałam się kupić je w Rossmanie - nie wiedziałam, że jest dostępne w ich ofercie, więc miło się zaskoczyłam. Cena 5,99 zł w promocji również mnie ucieszyła :) Koszt w regularnej sprzedaży to 7,99 zł. W sklepach ze zdrową żywnością za produkty tego typu trzeba zapłacić około 10 zł.





Właściwości
Napój ryżowy jest naturalnie pozbawiony laktozy, więc nadaje się dla osób, które nie tolerują mleka krowiego. Może być stosowany na ciepło, na zimno, do pieczenia. Proporcje w przepisach są w jego przypadku takie same, jak "zwykłego" mleka. Moja wersja nie jest wzbogacona w wapń, ale bez problemu można kupić fortyfikowany napój, będący dobrym źródłem tego pierwiastka dla osób ograniczających nabiał z powodów zdrowotnych, wegan, alergików.


Składniki, skład chemiczny




Składniki: woda, ryż 12%, olej słonecznikowy, naturalny aromat waniliowy, sól morska, regulator kwasowości: węglan wapnia

Produkt posiada certyfikat ekologiczny.

W poniższej tabeli porównałam skład chemiczny mleka ryżowego z mlekiem krowim o zbliżonej zawartości tłuszczu.




Na plus dla napoju ryżowego trzeba zaliczyć lepszy profil kwasów tłuszczowych. Ma jednak niewiele białka i sporo węglowodanów.


Smak
Szczerze mówiąc, nie wiedziałam czego się spodziewać. Okazało się, że napój jest lekko słodkawy, z wyczuwalną, ale delikatną nutką wanilii. Smak przypadł mi do gustu :)


Jak stosowałam mleko ryżowe? Moje wrażenia
Zdążyłam wypróbować napój ryżowy w trzech zastosowaniach:
  • pity solo, na zimno;
  • jako dodatek do musli, na ciepło;
  • jako baza do kaszy jaglanej na słodko.
Początkowo czułam się podobnie "zamulona" jak po mleku krowim, które w czystej postaci odstawiłam już dobry rok temu. Wydaje mi się jednak, że to była kwestia psychiki, bo po kolejnych próbach wszystko już było w porządku. Zarówno na zimno, jak i na ciepło, mleko mi smakuje i stanowi dobrą bazę do szybkich śniadań. Wyjęte prosto z lodówki świetnie orzeźwia, szczególnie w upalne dni :)


Werdykt
Mleko ryżowe waniliowe będzie mi towarzyszyć aż do momentu, w którym zdecyduję się spróbować inne, np. kokosowe. A że nie będę pisać o napojach dwa razy pod rząd, to w najbliższych dniach pozostanę wierna temu, który właśnie opisuję :)



Kto próbował mleka ryżowego? :D

Pozdrawiam


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...